O książkach godzinami…

rozmawia się w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Kartuzach Filia w Kiełpinie. Tym razem wyjątkowe, klimatyczne spotkanie w „Kaszubskiej Chatce”.

Wspaniała młodzież, przemiłe Panie. W tle konie (za oknem), wewnątrz zapachy jesieni – jabłek, dyni, śliwek, palonego drewna, pieczonej kiełbasy…

Spotkanie w Kaszubskiej Chatce

O starym Krakowie i kropce nad i

T. Boy-Żeleński„Było coś chorowitego w ówczesnym Krakowie, z jego nienaturalnie rozdętą głową na maleńkim korpusie. Można by ówczesny jego symbol widzieć w anachronicznie „hetmańskiej” głowie na małym ciałku hrabiego Stanisława Tarnowskiego, wielokrotnego rektora uniwersytetu i prezesa Akademii. Ten papież dawnego Krakowa trzymał rękę na wszystkim i wszystko naginał do katechizmu grzecznych dzieci: profesor literatury, który później jeszcze, w epoce Przybyszewskiego, Wyspiańskiego, Kasprowicza, dąsał się na nich, przeciwstawiając im Rydla; któremu Litka z Rodziny Połanieckich wydawała się nie dość dobrze wychowana; który po ukazaniu się tomu poezyj Kazimierza Tetmajera pytał w „Przeglądzie Polskim”: „ Co by powiedział pan Tetmajer, gdyby ktoś, przejąwszy się jego hasłami, oblał naftą kościół Mariacki i podpalił?”

Zabawna figura, powie ktoś. Ale wówczas to nie było zabawne. Bo koteria, której szczytowym punktem był „Szlak” (pałac Tarnowskiego), skupiała całkowitą i bezwzględną władzę. Miała nieoficjalny wpływ na „rząd”, którego każdorazowy „delegat” był na jej usługi; obsadzała urzędy starostów; miała mandaty poselskie dzięki systemowi kurialnemu; miała w ręku Wydział Krajowy i Radę Szkolną; kler i banki; „Floriankę” i „Zachętę”; miała wpływ na wszystkie instytucje, obsadzała swoimi ludźmi uniwersytet, trzymała za łeb Akademię i wszystko, co się z nią wiązało w postaci nagród, stypendiów, podróży. Dla grzecznych dzieci były wszystkie ciasteczka, krnąbrnym groził absolutny post.

Dodajmy do tego osobisty prestige tej kasty. W maleńkim Krakowie, który w epoce, gdy ja chodziłem do szkół, miał mało co ponad 50 000 mieszkańców, nie było przemysłu, handlu, finansów; nie było nic, co by się mogło przeciwstawić tej sile społecznej. „Arystokracja” – często dość samozwańcza – była zarazem plutokracją w tym ubożuchnym mieście; ona bywała za granicą, znała świat, miała powozy, strojne kobiety, salony. Miała w swoich najlepszych egzemplarzach rzetelną kulturę; ich malował Matejko, im przygrywała księżna Czartoryska, uczennica Szopena, ich bawił dowcipem znakomity Kazimierz Morawski, dla nich błaznował niewysłowiony ksiądz Pawlicki. Tak więc kasta ta miała wszystkie środki władania duszami i nigdy może władza nie była tak kompletna. Bo cóż mogło przeciwstawić tylu splendorom zahukane „miasto”? Chyba pocieszną bałucczyznę swoich „domów otwartych”…

Nie chcę tu popełniać niesprawiedliwości. Bardzo być może, że ówczesny Kraków nie byłby się mógł zdobyć na nic innego i że byłby jeszcze mizerniejszą mieściną bez tej „śmietanki”, w której pływało zresztą kilkunastu istotnie wartościowych ludzi. Ale faktem jest, że ta przewaga, w połączeniu z wpływami Tow. Jezusowego, zanurzała ów dawny Kraków w letniej wodzie „dobrze myślącej” martwoty. To była epoka, w której dosłownie nie było młodzieży, w której dwudziestoparoletni ludzie byli rozsądni, ograniczeni i – mierni.

To wszystko trzeba by pokazać. Trzeba by dalej w owym szkicu nakreślić, jak w owej martwocie zbudziło się nowe życie: jak wtargnęło w ten cichy pański folwarczek, jak nastała nagle doba „renesansu”, jak nagle Kraków stał się miastem, na które zwróciły się oczy całej Polski. Teatr, malarstwo, rzeźba, literatura, polityka, cyganeria… Szczęśliwym zbiegiem zeszło się kilka faktów, spotkało się kilka indywidualności. Otwarcie nowego teatru, Pawlikowski. Przemiany w szkole sztuk pięknych i napływ nowych sił (zwłaszcza Stanisławski); przyjazd Przybyszewskiego w momencie przesilenia w założonym przez Ludwika Szczepańskiego i Gabrielę Zapolską „Życiu”; wreszcie Wyspiański. Z drugiej strony, na innej płaszczyźnie, działy się znamienne rzeczy: pierwsze procesy polityczne młodzieży o socjalizm (a także „o symbolizm i dekadentyzm, i inne prądy wywrotowe”, jak brzmiał w jednym takim procesie prokuratorski akt oskarżenia), potem Daszyński, młody walczący socjalizm, odświeżający stęchliznę galicyjskiej polityki. Zarazem coraz gęściej napływał do Krakowa element młodzieży zmuszonej opuszczać Warszawę, co – zwłaszcza w r. 1905 – stało się masowym zjawiskiem.

Rzecz osobliwa: właśnie w tym dramatycznym roku 1905 powstał „Zielony Balonik”. Przypadek? Nie sądzę. Mimo że wyda się to paradoksem, bardzo być może, że właśnie ów dreszcz, jaki wznieciły wypadki warszawskie, spowodował tę nieoczekiwaną reakcję. Blaut ist ein ganz besondrer Saft,[1] jak powiada Goethe. Jedna tylko istnieje rzecz stała: energia; natomiast transmisje jej i wędrówki podlegają najosobliwszym kaprysom.

„Zielony Balonik” był „kropką nad i” przeobrażenia starego Krakowa; był niby ową małą farsą, jaką niegdyś w dawnym teatrze dawano po pięcioaktowej dramie. Czerpał soki z wszystkich owych spraw, które się rozegrały w artystycznym światku Krakowa w poprzedzającym go dziesięcioleciu.”

Tadeusz Żeleński (Boy), Słówka (Od autora), PIW, Warszawa 1956

[1] Krew jest bardzo wyjątkowym sokiem

Smutna wiadomość…

M.Szypowska

Dziś, w wieku 88 lat, zmarła Pani Maria Szypowska – pisarka, działaczka społeczna, varsavianistka, osoba wielce zasłużona dla polskiej kultury. Pani Maria była autorką wielu książek, w tym trzech obszernych biografii z serii Ludzie żywi wydawanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy: biografii Marii Konopnickiej (8 wydań), Jana Matejki (7 wydań) i Adama Asnyka, a także (już poza tą serią) biografii Edwarda Dembowskiego.

Książki Pani Marii Szypowskiej są obecne we wszystkich polskich bibliotekach i są ciągle wznawiane. Pamięć o Niej będzie trwała w sercach wiernych czytelników.

Długi, pracowity weekend…

kinkade-gorskie-zaciszeTwórczość Thomasa Kinkade (1958-2012) dla wielu jest synonimem kiczu. Idylliczne krajobrazy pełne kwitnących łąk, ogrodów i uroczych zakątków w jasnych, cukierkowych kolorach od lat rażą gusta znawców malarstwa z poważnych środowisk artystycznych, a ich powodzenie wśród Amerykanów skłania do analiz fenomenu sukcesu ich twórcy.

Zmarły niedawno artysta mówił o sobie, że jest malarzem światła i w swojej sztuce unaocznia prastare ludzkie tęsknoty, to, co dla wielu jest najpiękniejsze, stąd sielskie pejzaże z przytulnymi wiejskimi chatkami, urokliwe kościółki, kamienne mostki, latarnie morskie, krajobrazy, nad którymi pojawiają się tęcze, wschodzą i zachodzą słońca. Wielbiciele twórczości Thomasa Kinkade’a potwierdzają, że Jego obrazy wzbudzają w nich ciepłe, pozytywne emocje, pozwalają zapomnieć o smutku i złu świata, w którym żyją. Już ich tytuły koją i uspokajają: Święta w blasku księżyca, Idylla nad jeziorem, Spokojne schronienie, Życie na wsi, Górskie zacisze, Cud natury

Stara, łacińska sentencja głosi de gustibus non est disputandum i może rzeczywiście o tak błahej i subiektywnej sprawie jak percepcja dzieł sztuki nie warto dyskutować?

Izba Pamięci Władysława Reymonta w Kołaczkowie

w-reymontPrzed wjazdem do Kołaczkowa, położonego 13 km na południe od Wrześni, niektórych przyjezdnych może zaskoczyć tablica informacyjna o treści: Izba Pamięci Władysława Reymonta w Kołaczkowie. Z Władysławem Reymontem powszechnie kojarzone są Rogów i Lipce, więc tablica przed Kołaczkowem chyba często nietutejszych zaskakuje…

A miejscowość związana jest bardzo mocno z autorem Chłopów i Ziemi obiecanej, gdyż właśnie tu znajduje się pałac, który w 1920 roku kupił noblista. Pisarz spędzał w Kołaczkowie tylko lato i jesień; na zimę przenosił się do Warszawy. Takiemu zakupowi musiały towarzyszyć plany dłuższego, spokojnego życia, o czym świadczy fakt, że Reymont z wielkim zapałem zajął się gospodarowaniem w swojej nowej siedzibie. Szybko przekonał się, że jest to studnia bez dna, o czym pisał w liście do znajomego: Odbudowywam (…) zrujnowane budynki itp., czyli rujnuję się doszczętnie i co mogę wyciągnąć z literatury, pcham w krowie ogony…

Reymont zmarł w 1925 roku w wieku 58 lat, zatem pomieszkał w pałacu niedługo, bo tylko pięć lat. Dobrze, że w roku 1924 otrzymał Nagrodę Nobla, bo, jak wiadomo, pośmiertne nominacje nie są dozwolone. Zwyciężył w godnym towarzystwie, gdyż konkurentami do nagrody byli Tomasz Mann, Maksym Gorki i Thomas Hardy :)

palacDziś w budynku znajduje się Gminny Ośrodek Kultury i Biblioteka Publiczna, a na piętrze urządzono skromną Izbę Pamięci poświęconą Reymontowi. Są tu meble pisarza, będące kiedyś Jego własnością (wypożyczone z Muzeum Literatury w Warszawie) oraz książki i dokumenty z różnych okresów Jego życia i twórczości.

Za czasów Reymonta jadalnia mieściła się na parterze dworu, wchodziło się do niej z obszernego holu na wprost drzwi wejściowych. Pokój był obszerny, wyłożony boazerią malowaną na biało. Nad stołem zawieszony był sześcioramienny świecznik. Światło świec (w czasach Reymonta w Kołaczkowie nie było prądu) nadawało wnętrzu przytulne ciepło. Na stole zawsze znajdowały się kwiaty. Obecna, zrekonstruowana jadalnia jest dużo skromniejsza.

jadalniawpis-do-ksiegi-odwiedzajacychreymont-z-zona

Gabinet pisarza dawniej również mieścił się na parterze, na lewo od jadalni. Jako jedyny pokój we dworze wyłożony był dębową boazerią. Okna gabinetu wychodziły na park. Pokój posiadał rzeźbiony w piaskowcu kominek, nad którym wisiało lustro. Obecne w gabinecie znajdują się meble w stylu biedermeier. Reymont zwykle pracował przy biurku, pisał w różnych porach dnia, często do późnej nocy. Ponieważ losy biurka są nieznane, w Izbie Pamięci zastąpiono je sekretarzykiem.

aleja-lipowapomnikW parku za pałacem znajdują się srebrne świerki i aleja lipowa posadzone za czasów Władysława Reymonta. W 1977 roku odsłonięto tu pomnik przedstawiający autora w towarzystwie Jego książkowych bohaterów – Jagny i Boryny.

Reymonta odwiedzali w Kołaczkowie współcześni Mu wielcy Polacy: Adam Grzymała-Siedlecki, Kornel Makuszyński, Roman Dmowski, Józef Weyssenhoff, Zdzisław Dembiński.

Po zwiedzeniu Izby Pamięci poświęconej Reymontowi, w drodze powrotnej, w mojej głowie długo kołatała się myśl: jest budynek w całkiem dobrym stanie, a właściwie dwa (bo i oficyna), jest brama wjazdowa, jest piękny, stary park… czy nikt dotąd nie pomyślał, by stworzyć tu muzeum noblisty? Muzeum z prawdziwego zdarzenia, jak to Sienkiewiczowskie w Oblęgorku. W końcu Nobel nie zdarza się często i do czegoś zobowiązuje, a pałac w Kołaczkowie to miejsce świadomie wybrane przez Reymonta, Jego ostatni dom.

Anna Janasik, Reymont wiecznie żywy, Wydawnictwo KROPKA, Września

http://culture.pl/pl/tworca/wladyslaw-reymont

http://www.gokkolaczkowo.pl/index.php/izby-pamieci/izba-pamieci-im-wl-reymonta

Wyjątkowa szkoła

gimnazjum-w-lelkowieLelkowo to jedna z najbardziej na północ wysuniętych gmin województwa warmińsko-mazurskiego, sąsiadująca z Rosją. Przybyszom, jadącym do Lelkowa pierwszy raz, niełatwo tam dojechać, gdyż droga, mimo w najlepszej wierze podanych konkretnych wskazówek:

Do Lelkowa można jechać trasą w kierunku przejścia granicznego w Grzechotkach. Za ostatnim mostem  przed przejściem granicznym  skręcić  w lewo i wtedy około 18 km. prosto do Lelkowa. (W Żelaznej Górze kierunek Górowo Ił. Lelkowo).

wcale nie była taka oczywista, bo… po czym rozpoznać ostatni most przed przejściem? Żelazna Góra? To dalej, a nam się spieszy, nawigacja każe skręcać na Sawity i, niestety, w pobliskim Pieniężnie zupełnie wariuje…

Na szczęście przyjechaliśmy na czas. Młodzież przygotowywała się jeszcze do spotkania, więc była chwila na małą kawę i rozmowę z Panią Iwoną Chojecką, Dyrektorką Zespołu Szkół w Lelkowie.

Już po kilku minutach pogawędki wiedziałam, że to osoba z pasją, lubiąca pracę i bardzo zaangażowana w działalność na rzecz „swoich” dzieci. Gdy popatrzyłam za okno na dachy pobliskich domów, Pani Iwona powiedziała, że w każdym z nich mieszka ktoś związany ze szkołą. W trakcie rozmowy do gabinetu zajrzał uczeń, by poinformować Panią Dyrektor, że projekt jego i kolegów ostatecznie będzie dotyczył mafii. Pani Iwona z westchnieniem zaakceptowała jego decyzję. Gdy chłopak wyszedł, wyjaśniła, że gimnazjaliści, pracując w zespołach, mają opisać wybraną grupę nieformalną i większość uczniów wybrała fanów zespołów muzycznych lub kibiców sportowych, a ci chłopcy uparli się i szukają czegoś wyjątkowego, ciekawszego. Chcieli opisywać złodziei, potem terrorystów, a teraz… teraz stanęło na mafii. To taki wiek. Wszystko chcą robić samodzielnie, wg własnego pomysłu, często na przekór naszym radom. – Pani Dyrektor uśmiechnęła się wyrozumiale. Nie narzekała na uczniów, opowiadała o nich ciepło i przyjaźnie. – Bywa różnie, ale wierzę, że kiedyś wszyscy będą dobrze wspominać tę szkołę. Słuchając Jej, wcale w to nie wątpiłam.

Moje spotkanie z czytelnikapowitaniemi z Zespołu Szkół w Lelkowie odbyło się w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Dzięki funduszom pozyskanym z tego projektu powiększono szkolny księgozbiór o pozycje zaproponowane przez uczniów, rodziców i nauczycieli, a wśród nowo zakupionych książek znalazły się też moje powieści. Organizacją spotkania zajęły się Panie Irena Sołoducha i Ewa Karczewska. To dzięki Ich staraniom wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, choć w postawie uczniów, w oprawie plastycznej i muzycznej spotkania widać było przeogromną pracę i zaangażowanie całej szkolnej społeczności.

autografyGdy uczniowie zajęli miejsca, skupieni, pełni oczekiwania, uśmiechnięci… już po kilku minutach spotkania zapominało się o powierzchni hali sportowej, na której się ono odbyło. Dzięki atmosferze wzajemnej życzliwości na sali szybko zapanował miły, ciepły klimat. Niemały udział miały w tym pięknie przygotowany okolicznościowy stelaż, jesienne dekoracje zrobione przez uczniów, zapalone świece i nastrojowa muzyka towarzysząca pospotkaniowym rozmowom.

Żałuję, że zabrakło czasu na dłuższy pobyt w tej niezwykle przyjaznej szkole, bo po twarzach uczniów widziałam, że są zainteresowani i dobrze przygotowani do spotkania. To, co w tym gimnazjum zobaczyłam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że ciągle jeszcze są szkoły, w których możliwy jest serdeczny, oparty na wzajemnym zaufaniu, kontakt uczniów z nauczycielami. Że bliskie relacje uczeń-nauczyciel, opisywane w moich książkach, wcale nie są fikcją.

pozegnanie

jeszcze-chwila

Pisząc te słowa, słuchałam dyskusji, jaka rozwinęła się na temat szkół w programie Drugie śniadanie mistrzów. Jeden z gości powiedział, że źródłem wszelkich problemów toczących gimnazja jest fakt, że szkoły są coraz większe. Według niego idealna szkoła to taka, w której wszyscy uczniowie i nauczyciele się znają, w której nikt nie jest anonimowy.

Uśmiechnęłam się, bo właśnie o takiej szkole pisałam :)

Zwykły człowiek, niezwykły poeta…

drogowskaz galczynskiW piękny jesienny dzień, po kameralnym spotkaniu z młodzieżą w piskiej bibliotece, nie mogłam oprzeć się pokusie i po raz kolejny odwiedziłam Leśniczówkę Pranie – magiczne, ukochane miejsce pracy i odpoczynku Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Gałczyński żył krótko, o wiele za krótko, bo tylko 48 lat. Ten fenomenalny poeta, twórca Teatrzyku Zielona Gęś (z prześmiesznymi postaciami Hermenegildy Kociubińskiej, Alojzego Gżegżółki i Piekielnego Piotrusia), będącego krzywym zwierciadłem społeczeństwa i czasów, w których przyszło Mu żyć, długo i chyba nie najszczęśliwiej szukał swego miejsca w powojennej rzeczywistości. Nigdzie nie popracował i nie pomieszkał dłużej, często dokonywał trudnych moralnie wyborów, wikłał się w kontrowersyjne sytuacje. Zarzucano Mu pięknoduchostwo i koniunkturalizm, twierdzono, że zbyt łatwo i spontanicznie, nieprzemyślanie ulegał przypadkowym wpływom i własnym słabościom. Ale zauważano też, że żadnej idei nie służył wiernopoddańczo i zawsze pozostawał sobą, że nawet w najbardziej potępianych dziś utworach socrealistycznych przemycał drwinę z poważnego protektora.

pranie-ogrodO urokach leśniczówki opowiedział Gałczyńskiemu Ziemowit Fedecki, kolega po piórze, z którym razem tłumaczyli literaturę rosyjską. Pracując w Moskwie jako attaché prasowy, Fedecki wspierał finansowo Borysa Pasternaka, gdy przyszły noblista nie miał środków do życia, a po powrocie do kraju pomagał Gałczyńskiemu, który przeszedł pierwszy zawał. Podobno, gdy Gałczyński zastanawiał się nad zmianami, jakie jesienią zachodzą nad jeziorem, Fedecki podpowiedział Mu, że to trzcina płowieje, co dało słynny początek Kronice olsztyńskiej.

biurko-galczynskiegoCicha Leśniczówka Pranie, położona na skraju Puszczy Piskiej, nad Jeziorem Nidzkim, musiała być dla schorowanego i zmęczonego życiem Gałczyńskiego prawdziwym azylem i darem losu. Szkoda, że poeta tak późno znalazł tę przyjazną przystań. Po raz pierwszy przyjechał do Prania w lipcu 1950 roku i wracał tu przez kolejne lata, aż do nagłej śmierci w grudniu 1953 roku. Przyjeżdżał z Warszawy jako gość do ówczesnego leśniczego Stanisława Popowskiego, snuł z żoną plany zamieszkania w okolicy na stałe …

gespranie-budynekTu, gdzie się gwiazdy zbiegły 
w taką kapelę dużą, 
domek z czerwonej cegły 
rumieni się na wzgórzu: 
to leśniczówka Pranie, 
nasze jesienne mieszkanie. 

Tadeusz Stefańczyk bardzo trafnie podsumowuje znaczenie tego daru losu dla twórczości Gałczyńskiego:

Mazurska przyroda okazała odrzuconemu i napiętnowanemu publicznie niezwykłą łaskę, szczodrość i miłość. Przywróciła mu ciszę wewnętrzną, równowagę ducha, wiarę w lepszy świat i ludzi, obudziła nową falę natchnienia… Tu powstanie zdumiewający przekład Snu nocy letniej Williama Szekspira (1950) i obszernej pierwszej części Króla Henryka IV (1953), dwa wielkie i oryginalne poematy, z fragmentami niezwykłej piękności: Niobe (1950) i Wit Stwosz (1951). Tu zrodzi się – najwcześniej – z miłości i zachwytu poczęta perła liryki polskiej, Kronika olsztyńska (1950). To ona ustali poziom, nastrój i tonacje ostatnich dzieł Gałczyńskiego. (…)  Pierwszego lata w Praniu, na wysokim brzegu jeziora powstaną jeszcze tak znane poematy liryczne, jak Przez świat idące wołanie... i Spotkanie z matką, a także ulubiony wiersz wszystkich zakochanych Rozmowa liryczna. Lata następne przyniosą garść wierszy lirycznych, a wśród nich wielce popularny, wręcz topograficzny tekst W leśniczówce, z obrazami wielkiej urody, z tajemniczym nieco i mądrym zakończeniem („W twoim małym lusterku / noc świeci gwiazdą wielką”). Ostatnie lato nad Nidzkim to przede wszystkim Pieśni - zamknięcie i podsumowanie twórczego życia w dziesięciu „tableaux” o zdumiewającej prostocie, klarowności i wielkim ładunku wzruszenia. Zawsze otwarty na ludzi, łaknący żywego kontaktu z odbiorcą sztuki, kończy poeta swój testament wzruszającym apelem do czytelniczej pamięci:

Jesteśmy w pół drogi. Droga
pędzi z nami bez wytchnienia.
Chciałbym i mój ślad na drogach
ocalić od zapomnienia.

(…) Jakim cudem ten plebejsko-eklektyczny poeta, nie silący się na czystość stylu, na intelektualizm i awangardową „nowoczesność” środków – był nowoczesny i skuteczny? Tajemnica ta zdaje się tkwić bardziej w osobowości niż w warsztacie, w spontaniczności niż w metodzie. Może przybliżały, odsłaniały ją co nieco proste, ciepłe i serdeczne, zatopione w naturze, zanurzone w zwyczajnym życiu ostatnie wiersze z mazurskiej leśniczówki, zrodzone w liturgicznym spokoju, z dala od zgiełku? Wiersze bez pozy i zgrywy, naturalne jak ruch na świeżym powietrzu, jak wędrówka z psami, jak kąpiel oczyszczająca z grzechów świata, jak swobodny oddech…

Piękne, pełne zrozumienia i życzliwości słowa o zwykłym człowieku i niezwykłym poecie :)

W 1980 r. w Praniu utworzono Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – zieloną mekkę dla wszystkich fanów zielonej poezji Zielonego Konstantego. Warto wiedzieć, że nazwa „Pranie” pochodzi od łąki, nad którą leży leśniczówka, o której Mazurzy mówili że „prała”, czyli osnuwała się mgłą, dymiła…

Bibliografia:

K.I. Gałczyński, Siódme niebo, Czytelnik, Warszawa 1970

http://lesniczowkapranie.art.pl/site/?page_id=5

http://culture.pl/pl/tworca/konstanty-ildefons-galczynski

http://wyborcza.pl/1,75410,6140618,Ziemowit_Fedecki_nie_zyje.html