Witkacy w zbiorach Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku

wejscie-na-wystawePodobno Witkacy nigdy nie odwiedził Słupska, a obecność jego dzieł w Muzeum Pomorza Środkowego jest zupełnie przypadkowa. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku potomek przyjaciela Witkacego proponował je kilku muzeom (w tym Tatrzańskiemu i Narodowemu), lecz żadne z nich nie wykazało zainteresowania. W tamtym czasie Witkacy nie był jeszcze artystą tak cenionym jak obecnie, jego prace były rozproszone i nie przyciągały szczególnej uwagi rodaków. Oferowanym do sprzedaży zbiorem dzieł Witkiewicza zainteresowało się Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku. W 1965 roku Muzeum to kupiło 110 portretów, które dały początek dzisiejszej unikatowej kolekcji dzieł tego artysty. Dziś Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku posiada kolekcję ponad 260 prac, wśród których dominują pastele pochodzące ze wszystkich okresów twórczości Witkacego, w tym cztery portrety Ireny Krzywickiej i jeden Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

boy-zelenskiChoć Witkacy portret Boya oznaczył literami T.U. („talent upadł”), co było wyrazem niezadowolenia z wykonanego dzieła, mnie się ten realistyczny, ponury portret „Boyusia” podoba (tak zawistnik Witkacy mawiał o Boyu, zazdroszcząc Mu sławy, sukcesów i może … żony?). Pani Barbara Winklowa twierdzi, że obaj szczerze się nie lubiąc, znali wzajemnie swoją wartość. Boy realizował zasadę (…) że „…trzeba go brać, tak jak jest, ze wszystkimi dzieciństwami i zboczeniami etc.”.

Irena Krzywicka tak wspominała Witkacego:

Jedną z najwybitniejszych i najosobliwszych postaci tego okresu był Witkacy. Miał manię – zrozumiałą zresztą u artysty – przekręcania słów, bawienia się słowami, tworzenia nowych niesamowitych imion i nazwisk (…). To samo zrobił ze swoim imieniem i nazwiskiem, zespoliwszy je w jedno: (Stanisław) Ignacy Witkiewicz przerodził się w Witkacego i tak już zostało. (…) Malarstwo jego dotąd nie trafiło na Zachód (może nigdy nie trafi), malarstwo psychodeliczne, jak byśmy to dziś nazwali, tworzone najczęściej pod wpływem narkotyków. Przedstawiało ono obłędne linie i kolory, wśród których błyskały tu i ówdzie fragmenty splecionych ciał. Mogłyby mieć dziś ogromne powodzenie, gdyby nie to, że były wykonane martwym i nietrwałym materiałem: płaty kolorowego kartonu, najczęściej zielonkawego, a na nim kolorowymi kredkami wizje autora. Malarze mówili, że to niedobre, ale np. Boyowi podobało się bardzo i miał ściany obwieszone wizjami Witkacego. Mieszaninę kiczu i geniuszu widać również w jego niezliczonych portretach, które robił czasem w pół godziny. Mam cztery takie swoje portrety, dość typowe dla artysty.  Jeden realistyczny, „na słodko”, drugi przedstawiający mój profil (bardzo podobny do mnie) wśród płomieni wybuchającego wulkanu – to były właśnie kicze. Ale obok tego dwa portrety zdeformowane, znakomite, o osobliwej formie i sile wyrazu. Boya portretował dziesiątki razy i te portrety wisiały w Boya gabinecie w charakterze fryzu pod sufitem, rzędem. Niektóre do niczego, niektóre znakomite. Witkacy nie był narkomanem w ścisłym znaczeniu tego słowa, tzn. mógł się obejść doskonale bez narkotyków (czy bez alkoholu, nie jestem pewna), ale próbował wszystkich, obserwując własne reakcje. Kiedy go poznałam, był właśnie w poszukiwaniu peyotlu, czyli kaktusa brazylijskiego, po czym go znalazł i z rozkoszą wypróbowywał.

autoportretBył typowym cyganem, nie przywiązującym wagi ani do pieniędzy, ani do żadnych dóbr tego świata. Niebywale piękny, miał ogromne powodzenie u kobiet, łączył go wieloletni romans z panią Boyową, bynajmniej nie wyłączny z jego strony, gdyż Witkacy nie rozumiał takich słów jak wierność. Kapryśny, nieznośny, ogromnie dowcipny, bez poczucia czasu ani norm dobrego wychowania, był maniakalnie dokładny, jeśli chodziło o jego portrety. Nie wolno się było spóźnić na seans bodaj o minutę. Modelowi swojemu (czy raczej ofierze) wręczał statut, którego niestety dokładnie nie pamiętam: nie wolno było się ruszać, kręcić, mówić, a po skończonym seansie ani chwalić, ani ganić wykonanej pracy. Czasem za owe portrety przyjmował pieniądze, częściej nie. Lekceważył modela i dawał mu to odczuć. Był obojętny na sukces czy niepowodzenie. Denerwowało mnie niewątpliwe kabotyństwo Witkacego, toteż nie nawiązały się między nami bliższe stosunki.

(…) Poznałam go w domu państwa Żeleńskich. Zachowywał się nieznośnie, nie tylko jakby to on był panem domu, ale wręcz panującym, wszyscy inni musieli wypełniać jego życzenia i znosić jego kaprysy. Raził mnie ten nadrzędny ton i celebrowanie własnej wielkości. (…) Witkacy wypełniał sobą całe mieszkanie, do Boya odnosił się wręcz lekceważąco.  (…) Tak więc Witkacy, poznawszy mnie u Boyów, zabrał się do robienia moich portretów. Powstało ich, jeden po drugim, cztery, ale przy piątym zrobiłam jakąś uwagę i – koniec, zdyskwalifikowałam się zupełnie, zapomniałam bowiem, że w czasie malowania mówić nie wolno. (…)

Witkacy lekceważył wszystkich wybitnych ludzi swego czasu. Niekiedy jednak zapalał się, ale do kogoś anonimowego i wychwalał go wtedy pod niebiosa, mówił jak wielki o wielkim. Byli to z rzadka ludzie niepospolici, najczęściej jakieś dziwne typy, nie reprezentujące sobą niczego, prócz uwielbienia dla mistrza. Wśród różnych dziwaków, różnego autoramentu grafomanów i pijaków przebywał najchętniej. Wśród nich był królem. Stolicą jego było Zakopane.

ik-3ik-1ik-4ik-2

Bibliografia:

Barbara Winklowa, Boyowie. Zofia i Tadeusz Żeleńscy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001
Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki, Czytelnik, Warszawa 1995
Beata Zgodzińska, 50 lat kolekcji Witkacego w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, Słupsk 2015

Długi, pracowity weekend…

kinkade-gorskie-zaciszeTwórczość Thomasa Kinkade (1958-2012) dla wielu jest synonimem kiczu. Idylliczne krajobrazy pełne kwitnących łąk, ogrodów i uroczych zakątków w jasnych, cukierkowych kolorach od lat rażą gusta znawców malarstwa z poważnych środowisk artystycznych, a ich powodzenie wśród Amerykanów skłania do analiz fenomenu sukcesu ich twórcy.

Zmarły niedawno artysta mówił o sobie, że jest malarzem światła i w swojej sztuce unaocznia prastare ludzkie tęsknoty, to, co dla wielu jest najpiękniejsze, stąd sielskie pejzaże z przytulnymi wiejskimi chatkami, urokliwe kościółki, kamienne mostki, latarnie morskie, krajobrazy, nad którymi pojawiają się tęcze, wschodzą i zachodzą słońca. Wielbiciele twórczości Thomasa Kinkade’a potwierdzają, że Jego obrazy wzbudzają w nich ciepłe, pozytywne emocje, pozwalają zapomnieć o smutku i złu świata, w którym żyją. Już ich tytuły koją i uspokajają: Święta w blasku księżyca, Idylla nad jeziorem, Spokojne schronienie, Życie na wsi, Górskie zacisze, Cud natury

Stara, łacińska sentencja głosi de gustibus non est disputandum i może rzeczywiście o tak błahej i subiektywnej sprawie jak percepcja dzieł sztuki nie warto dyskutować?

Izba Pamięci Władysława Reymonta w Kołaczkowie

w-reymontPrzed wjazdem do Kołaczkowa, położonego 13 km na południe od Wrześni, niektórych przyjezdnych może zaskoczyć tablica informacyjna o treści: Izba Pamięci Władysława Reymonta w Kołaczkowie. Z Władysławem Reymontem powszechnie kojarzone są Rogów i Lipce, więc tablica przed Kołaczkowem chyba często nietutejszych zaskakuje…

A miejscowość związana jest bardzo mocno z autorem Chłopów i Ziemi obiecanej, gdyż właśnie tu znajduje się pałac, który w 1920 roku kupił noblista. Pisarz spędzał w Kołaczkowie tylko lato i jesień; na zimę przenosił się do Warszawy. Takiemu zakupowi musiały towarzyszyć plany dłuższego, spokojnego życia, o czym świadczy fakt, że Reymont z wielkim zapałem zajął się gospodarowaniem w swojej nowej siedzibie. Szybko przekonał się, że jest to studnia bez dna, o czym pisał w liście do znajomego: Odbudowywam (…) zrujnowane budynki itp., czyli rujnuję się doszczętnie i co mogę wyciągnąć z literatury, pcham w krowie ogony…

Reymont zmarł w 1925 roku w wieku 58 lat, zatem pomieszkał w pałacu niedługo, bo tylko pięć lat. Dobrze, że w roku 1924 otrzymał Nagrodę Nobla, bo, jak wiadomo, pośmiertne nominacje nie są dozwolone. Zwyciężył w godnym towarzystwie, gdyż konkurentami do nagrody byli Tomasz Mann, Maksym Gorki i Thomas Hardy :)

palacDziś w budynku znajduje się Gminny Ośrodek Kultury i Biblioteka Publiczna, a na piętrze urządzono skromną Izbę Pamięci poświęconą Reymontowi. Są tu meble pisarza, będące kiedyś Jego własnością (wypożyczone z Muzeum Literatury w Warszawie) oraz książki i dokumenty z różnych okresów Jego życia i twórczości.

Za czasów Reymonta jadalnia mieściła się na parterze dworu, wchodziło się do niej z obszernego holu na wprost drzwi wejściowych. Pokój był obszerny, wyłożony boazerią malowaną na biało. Nad stołem zawieszony był sześcioramienny świecznik. Światło świec (w czasach Reymonta w Kołaczkowie nie było prądu) nadawało wnętrzu przytulne ciepło. Na stole zawsze znajdowały się kwiaty. Obecna, zrekonstruowana jadalnia jest dużo skromniejsza.

jadalniawpis-do-ksiegi-odwiedzajacychreymont-z-zona

Gabinet pisarza dawniej również mieścił się na parterze, na lewo od jadalni. Jako jedyny pokój we dworze wyłożony był dębową boazerią. Okna gabinetu wychodziły na park. Pokój posiadał rzeźbiony w piaskowcu kominek, nad którym wisiało lustro. Obecne w gabinecie znajdują się meble w stylu biedermeier. Reymont zwykle pracował przy biurku, pisał w różnych porach dnia, często do późnej nocy. Ponieważ losy biurka są nieznane, w Izbie Pamięci zastąpiono je sekretarzykiem.

aleja-lipowapomnikW parku za pałacem znajdują się srebrne świerki i aleja lipowa posadzone za czasów Władysława Reymonta. W 1977 roku odsłonięto tu pomnik przedstawiający autora w towarzystwie Jego książkowych bohaterów – Jagny i Boryny.

Reymonta odwiedzali w Kołaczkowie współcześni Mu wielcy Polacy: Adam Grzymała-Siedlecki, Kornel Makuszyński, Roman Dmowski, Józef Weyssenhoff, Zdzisław Dembiński.

Po zwiedzeniu Izby Pamięci poświęconej Reymontowi, w drodze powrotnej, w mojej głowie długo kołatała się myśl: jest budynek w całkiem dobrym stanie, a właściwie dwa (bo i oficyna), jest brama wjazdowa, jest piękny, stary park… czy nikt dotąd nie pomyślał, by stworzyć tu muzeum noblisty? Muzeum z prawdziwego zdarzenia, jak to Sienkiewiczowskie w Oblęgorku. W końcu Nobel nie zdarza się często i do czegoś zobowiązuje, a pałac w Kołaczkowie to miejsce świadomie wybrane przez Reymonta, Jego ostatni dom.

Anna Janasik, Reymont wiecznie żywy, Wydawnictwo KROPKA, Września

http://culture.pl/pl/tworca/wladyslaw-reymont

http://www.gokkolaczkowo.pl/index.php/izby-pamieci/izba-pamieci-im-wl-reymonta

Wyjątkowa szkoła

gimnazjum-w-lelkowieLelkowo to jedna z najbardziej na północ wysuniętych gmin województwa warmińsko-mazurskiego, sąsiadująca z Rosją. Przybyszom, jadącym do Lelkowa pierwszy raz, niełatwo tam dojechać, gdyż droga, mimo w najlepszej wierze podanych konkretnych wskazówek:

Do Lelkowa można jechać trasą w kierunku przejścia granicznego w Grzechotkach. Za ostatnim mostem  przed przejściem granicznym  skręcić  w lewo i wtedy około 18 km. prosto do Lelkowa. (W Żelaznej Górze kierunek Górowo Ił. Lelkowo).

wcale nie była taka oczywista, bo… po czym rozpoznać ostatni most przed przejściem? Żelazna Góra? To dalej, a nam się spieszy, nawigacja każe skręcać na Sawity i, niestety, w pobliskim Pieniężnie zupełnie wariuje…

Na szczęście przyjechaliśmy na czas. Młodzież przygotowywała się jeszcze do spotkania, więc była chwila na małą kawę i rozmowę z Panią Iwoną Chojecką, Dyrektorką Zespołu Szkół w Lelkowie.

Już po kilku minutach pogawędki wiedziałam, że to osoba z pasją, lubiąca pracę i bardzo zaangażowana w działalność na rzecz „swoich” dzieci. Gdy popatrzyłam za okno na dachy pobliskich domów, Pani Iwona powiedziała, że w każdym z nich mieszka ktoś związany ze szkołą. W trakcie rozmowy do gabinetu zajrzał uczeń, by poinformować Panią Dyrektor, że projekt jego i kolegów ostatecznie będzie dotyczył mafii. Pani Iwona z westchnieniem zaakceptowała jego decyzję. Gdy chłopak wyszedł, wyjaśniła, że gimnazjaliści, pracując w zespołach, mają opisać wybraną grupę nieformalną i większość uczniów wybrała fanów zespołów muzycznych lub kibiców sportowych, a ci chłopcy uparli się i szukają czegoś wyjątkowego, ciekawszego. Chcieli opisywać złodziei, potem terrorystów, a teraz… teraz stanęło na mafii. To taki wiek. Wszystko chcą robić samodzielnie, wg własnego pomysłu, często na przekór naszym radom. – Pani Dyrektor uśmiechnęła się wyrozumiale. Nie narzekała na uczniów, opowiadała o nich ciepło i przyjaźnie. – Bywa różnie, ale wierzę, że kiedyś wszyscy będą dobrze wspominać tę szkołę. Słuchając Jej, wcale w to nie wątpiłam.

Moje spotkanie z czytelnikapowitaniemi z Zespołu Szkół w Lelkowie odbyło się w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Dzięki funduszom pozyskanym z tego projektu powiększono szkolny księgozbiór o pozycje zaproponowane przez uczniów, rodziców i nauczycieli, a wśród nowo zakupionych książek znalazły się też moje powieści. Organizacją spotkania zajęły się Panie Irena Sołoducha i Ewa Karczewska. To dzięki Ich staraniom wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, choć w postawie uczniów, w oprawie plastycznej i muzycznej spotkania widać było przeogromną pracę i zaangażowanie całej szkolnej społeczności.

autografyGdy uczniowie zajęli miejsca, skupieni, pełni oczekiwania, uśmiechnięci… już po kilku minutach spotkania zapominało się o powierzchni hali sportowej, na której się ono odbyło. Dzięki atmosferze wzajemnej życzliwości na sali szybko zapanował miły, ciepły klimat. Niemały udział miały w tym pięknie przygotowany okolicznościowy stelaż, jesienne dekoracje zrobione przez uczniów, zapalone świece i nastrojowa muzyka towarzysząca pospotkaniowym rozmowom.

Żałuję, że zabrakło czasu na dłuższy pobyt w tej niezwykle przyjaznej szkole, bo po twarzach uczniów widziałam, że są zainteresowani i dobrze przygotowani do spotkania. To, co w tym gimnazjum zobaczyłam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że ciągle jeszcze są szkoły, w których możliwy jest serdeczny, oparty na wzajemnym zaufaniu, kontakt uczniów z nauczycielami. Że bliskie relacje uczeń-nauczyciel, opisywane w moich książkach, wcale nie są fikcją.

pozegnanie

jeszcze-chwila

Pisząc te słowa, słuchałam dyskusji, jaka rozwinęła się na temat szkół w programie Drugie śniadanie mistrzów. Jeden z gości powiedział, że źródłem wszelkich problemów toczących gimnazja jest fakt, że szkoły są coraz większe. Według niego idealna szkoła to taka, w której wszyscy uczniowie i nauczyciele się znają, w której nikt nie jest anonimowy.

Uśmiechnęłam się, bo właśnie o takiej szkole pisałam :)

Zwykły człowiek, niezwykły poeta…

drogowskaz galczynskiW piękny jesienny dzień, po kameralnym spotkaniu z młodzieżą w piskiej bibliotece, nie mogłam oprzeć się pokusie i po raz kolejny odwiedziłam Leśniczówkę Pranie – magiczne, ukochane miejsce pracy i odpoczynku Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Gałczyński żył krótko, o wiele za krótko, bo tylko 48 lat. Ten fenomenalny poeta, twórca Teatrzyku Zielona Gęś (z prześmiesznymi postaciami Hermenegildy Kociubińskiej, Alojzego Gżegżółki i Piekielnego Piotrusia), będącego krzywym zwierciadłem społeczeństwa i czasów, w których przyszło Mu żyć, długo i chyba nie najszczęśliwiej szukał swego miejsca w powojennej rzeczywistości. Nigdzie nie popracował i nie pomieszkał dłużej, często dokonywał trudnych moralnie wyborów, wikłał się w kontrowersyjne sytuacje. Zarzucano Mu pięknoduchostwo i koniunkturalizm, twierdzono, że zbyt łatwo i spontanicznie, nieprzemyślanie ulegał przypadkowym wpływom i własnym słabościom. Ale zauważano też, że żadnej idei nie służył wiernopoddańczo i zawsze pozostawał sobą, że nawet w najbardziej potępianych dziś utworach socrealistycznych przemycał drwinę z poważnego protektora.

pranie-ogrodO urokach leśniczówki opowiedział Gałczyńskiemu Ziemowit Fedecki, kolega po piórze, z którym razem tłumaczyli literaturę rosyjską. Pracując w Moskwie jako attaché prasowy, Fedecki wspierał finansowo Borysa Pasternaka, gdy przyszły noblista nie miał środków do życia, a po powrocie do kraju pomagał Gałczyńskiemu, który przeszedł pierwszy zawał. Podobno, gdy Gałczyński zastanawiał się nad zmianami, jakie jesienią zachodzą nad jeziorem, Fedecki podpowiedział Mu, że to trzcina płowieje, co dało słynny początek Kronice olsztyńskiej.

biurko-galczynskiegoCicha Leśniczówka Pranie, położona na skraju Puszczy Piskiej, nad Jeziorem Nidzkim, musiała być dla schorowanego i zmęczonego życiem Gałczyńskiego prawdziwym azylem i darem losu. Szkoda, że poeta tak późno znalazł tę przyjazną przystań. Po raz pierwszy przyjechał do Prania w lipcu 1950 roku i wracał tu przez kolejne lata, aż do nagłej śmierci w grudniu 1953 roku. Przyjeżdżał z Warszawy jako gość do ówczesnego leśniczego Stanisława Popowskiego, snuł z żoną plany zamieszkania w okolicy na stałe …

gespranie-budynekTu, gdzie się gwiazdy zbiegły 
w taką kapelę dużą, 
domek z czerwonej cegły 
rumieni się na wzgórzu: 
to leśniczówka Pranie, 
nasze jesienne mieszkanie. 

Tadeusz Stefańczyk bardzo trafnie podsumowuje znaczenie tego daru losu dla twórczości Gałczyńskiego:

Mazurska przyroda okazała odrzuconemu i napiętnowanemu publicznie niezwykłą łaskę, szczodrość i miłość. Przywróciła mu ciszę wewnętrzną, równowagę ducha, wiarę w lepszy świat i ludzi, obudziła nową falę natchnienia… Tu powstanie zdumiewający przekład Snu nocy letniej Williama Szekspira (1950) i obszernej pierwszej części Króla Henryka IV (1953), dwa wielkie i oryginalne poematy, z fragmentami niezwykłej piękności: Niobe (1950) i Wit Stwosz (1951). Tu zrodzi się – najwcześniej – z miłości i zachwytu poczęta perła liryki polskiej, Kronika olsztyńska (1950). To ona ustali poziom, nastrój i tonacje ostatnich dzieł Gałczyńskiego. (…)  Pierwszego lata w Praniu, na wysokim brzegu jeziora powstaną jeszcze tak znane poematy liryczne, jak Przez świat idące wołanie... i Spotkanie z matką, a także ulubiony wiersz wszystkich zakochanych Rozmowa liryczna. Lata następne przyniosą garść wierszy lirycznych, a wśród nich wielce popularny, wręcz topograficzny tekst W leśniczówce, z obrazami wielkiej urody, z tajemniczym nieco i mądrym zakończeniem („W twoim małym lusterku / noc świeci gwiazdą wielką”). Ostatnie lato nad Nidzkim to przede wszystkim Pieśni - zamknięcie i podsumowanie twórczego życia w dziesięciu „tableaux” o zdumiewającej prostocie, klarowności i wielkim ładunku wzruszenia. Zawsze otwarty na ludzi, łaknący żywego kontaktu z odbiorcą sztuki, kończy poeta swój testament wzruszającym apelem do czytelniczej pamięci:

Jesteśmy w pół drogi. Droga
pędzi z nami bez wytchnienia.
Chciałbym i mój ślad na drogach
ocalić od zapomnienia.

(…) Jakim cudem ten plebejsko-eklektyczny poeta, nie silący się na czystość stylu, na intelektualizm i awangardową „nowoczesność” środków – był nowoczesny i skuteczny? Tajemnica ta zdaje się tkwić bardziej w osobowości niż w warsztacie, w spontaniczności niż w metodzie. Może przybliżały, odsłaniały ją co nieco proste, ciepłe i serdeczne, zatopione w naturze, zanurzone w zwyczajnym życiu ostatnie wiersze z mazurskiej leśniczówki, zrodzone w liturgicznym spokoju, z dala od zgiełku? Wiersze bez pozy i zgrywy, naturalne jak ruch na świeżym powietrzu, jak wędrówka z psami, jak kąpiel oczyszczająca z grzechów świata, jak swobodny oddech…

Piękne, pełne zrozumienia i życzliwości słowa o zwykłym człowieku i niezwykłym poecie :)

W 1980 r. w Praniu utworzono Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – zieloną mekkę dla wszystkich fanów zielonej poezji Zielonego Konstantego. Warto wiedzieć, że nazwa „Pranie” pochodzi od łąki, nad którą leży leśniczówka, o której Mazurzy mówili że „prała”, czyli osnuwała się mgłą, dymiła…

Bibliografia:

K.I. Gałczyński, Siódme niebo, Czytelnik, Warszawa 1970

http://lesniczowkapranie.art.pl/site/?page_id=5

http://culture.pl/pl/tworca/konstanty-ildefons-galczynski

http://wyborcza.pl/1,75410,6140618,Ziemowit_Fedecki_nie_zyje.html

Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku

anna-i-jaroslawDom Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku powstał w 1928 roku. Wybudował go Annie ojciec – Stanisław Wilhelm Lilpop, polski przemysłowiec, podróżnik i fotograf.

Anna i Jarosław nazwali posiadłość Stawiskiem i mieszkali w niej ponad pół wieku, chętnie udostępniając ją licznym znajomym, przyjaźniąc się z mieszkańcami pobliskiej Podkowy Leśnej, pierwszego w Polsce miasta-ogrodu, zbudowanego według koncepcji angielskiego architekta Ebenezera Howarda. Wśród Ich najbliższych sąsiadów byli m. in. Irena Krzywicka, Benedykt Hertz i Pola Gojawiczyńska. Tu wychowały się dwie córki Iwaszkiewiczów – Maria i Teresa oraz powstały najlepsze utwory Jarosława Iwaszkiewicza.

Stawisko było ważnym ostawisko-front-budynkuśrodkiem życia kulturalnego w okresie przedwojennym oraz miejscem spotkań bohemy w czasach PRL-u. Iwaszkiewiczów odwiedzali m.in. pisarze: Jan Lechoń, Jerzy Mieczysław Rytard, Paweł Hertz, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Stanisław Baliński, Irena Krzywicka, Czesław Miłosz, Jerzy Andrzejewski, Stanisław Dygat, Krzysztof Kamil Baczyński, Jan Parandowski, Pola Gojawiczyńska oraz muzycy: Karol Szymanowski, Artur Rubinstein, Roman Jasiński, Zygmunt Mycielski, Witold Lutosławski.

Szczególną rolę odegrało Stawisko w latach okupacji, stając się schronieniem dla wielu osób, nie tylko artystów. Dom Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów gościł w tym czasie m.in. Leona Schillera, Stanisława Piętaka, Andrzeja Panufnika. Po Powstaniu Warszawskim w Stawisku zatrzymali się na dłużej Pola Gojawiczyńska, Jerzy Andrzejewski, Władysław Tatarkiewicz, Adam Grzymała-Siedlecki, Roman Jasiński, Jerzy Waldorff. Za pomoc okazaną Żydom w czasie wojny Anna i Jarosław zostali pośmiertnie uhonorowani medalami Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

biurko-iwaszkiewiczastawisko-bibliotekaWnętrze domu zachowało charakter zamożnego polskiego dworu ze zbiorami XIX i XX-wiecznego malarstwa oraz innych dzieł sztuki, z pięknie utrzymanymi meblami i sprzętami codziennego użytku. W nietkniętym stanie zachowały się gabinet pisarza, biblioteka, sypialnia, pokój gościnny, hall wejściowy oraz klatka schodowa.

Lata powojenne były dla Iwaszkiewicza okresem intensywnej twórczości literackiej i wzmożonej aktywności społecznej (prezes Związku Literatów Polskich, poseł na Sejm, prezes Rady Nadzorczej Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”, prezes Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Włoskiej, przewodniczący Polskiego Oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej, przewodniczący Komitetu Obrońców Pokoju i in.). Dom w Stawisku zawsze był otwarty dla przyjaciół obojga Iwaszkiewiczów i ich córek, a często byli to ludzie o różnych orientacjach politycznych.

W historię Stawiska okresu powojennego wpisały się wizyty królowej belgijskiej Elżbiety (1955 r.) i Artura Rubinsteina (1958 r.).

 stawisko-pietro

 

Po śmierci Anny (23.12.1979 r.) i Jarosława (2.03.1980 r.) dom w Stawisku, zgodnie z wolą pisarza, przeznaczony został na Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów.

Ulica Iwaszkiewicza? A po co w Warszawie taka ulica? Już mnie o to męczyli. A ja się nie zgadzam, ja zabroniłam. Już to widzę – ci PiS-owcy zaraz by mieli używanie – że zdrajca, że sobie nie życzą. Przyjdzie jakiś kretyn i sobie zaraz przypomni, że „Matka Joanna” była na indeksie, że bezbożny, że poseł… Ulica Iwaszkiewicza jest w Krakowie i w Podkowie Leśnej. Wystarczy. Ten niedobitek Związek Literatów miał taki pomysł. Ja mówię – nie. (…) Ja przed śmiercią ojcu przysięgałam, że nie będę budowała mu pomnika. Ojciec to sformułował tak: „Przysięgnij mi, że nie będziesz robiła odczytów o tatusiu jak Monika Żeromska”. I mu przysięgłam. A mnie wciąż ktoś namawia, żebym te odczyty robiła. (Fragment wywiadu Anny Król z Marią Iwaszkiewicz-Wojdowską, starszą córką Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, redaktorką, pisarką, po śmierci ojca opiekującą się Jego spuścizną. „Tygodnik Przegląd” z 4.08.2014 r.).

sciezka-do-kapliczki

Kto, poza stałymi mieszkańcami Stawiska, spacerował kiedyś tą magiczną ścieżką prowadzącą do kapliczki w zachodniej części parku? Umieszczona obok tablica informuje, że było to ulubione miejsce wyciszenia i skupienia Anny…

kapliczka-stawiskostawisko-dom od-strony-lasu

Dom Ireny Krzywickiej w Podkowie Leśnej

i-krzywicka Irena Krzywicka (1899 – 1994) była niezwykle barwną postacią wśród luminarzy polskiej literatury. Była oficjalną, bardzo bliską przyjaciółką Tadeusza Boya-Żeleńskiego, przyjaźniła się z Tuwimem, Iwaszkiewiczem, Słonimskim, Pawlikowską-Jasnorzewską, Morską. Jako recenzentka „Wiadomości Literackich” i reporterka sądowa śmiało poruszała tematy uznawane przez ogół społeczeństwa za tabu (uświadomienie seksualne, regulacja urodzin, antykoncepcja). To, co było niezgodne z jej poglądami otwarcie nazywała dulszczyzną i ciemnogrodem. Jej odważne artykuły i wystąpienia prowokowały, rozpalały opinię publiczną do czerwoności. Za niekonwencjonalny, śmiały styl bycia i odrzucenie konwenansów była piętnowana przez przedstawicieli prawicy i lewicy. Zmarła w Paryżu w wieku 95 lat.

W 1930 roku Irena Krzywicka, za namową Jarosława Iwaszkiewicza, kupiła działkę w Podkowie Leśnej przy ulicy Sosnowej 9. Było to modne wówczas podwarszawskie miasto-ogród, powstałe na gruntach Stanisława Lilpopa, ojca Anny Iwaszkiewiczowej. Miejscowość zawdzięcza nazwę lasom, otaczającym ją z trzech stron w kształcie podkowy.

dom-od-ulicySąsiednie działki kupowali przedstawiciele warszawskiej inteligencji, budując tradycyjne letnie domy w stylu dworkowym lub góralskim. Na ich tle modernistyczna, przeszklona willa Ireny Krzywickiej wyróżniała się prostokątną bryłą, płaskim dachem i nietypowo wysuniętym piętrem. Krzywicka od dziecka kochała zwierzęta, kwiaty i lasy, więc kupno kawałka własnej ziemi było dla Niej ogromnym przeżyciem. Wymarzony dom z ogrodem miał być dla Niej i najbliższych miejscem odpoczynku, azylem po warszawskim gwarze… Irena Krzywicka tak wspomina okres budowy domu:

Kiedy tylko zaczęły płynąć pieniądze, zrealizowałam marzenie całego mego dotychczasowego życia. Kupiliśmy działkę w Podkowie Leśnej, którą rozparcelował jej właściciel, milioner Lilpop, teść Jarosława Iwaszkiewicza. On też zbudował kolejkę elektryczną, która prowadziła do serca Warszawy. Nie stać nas jeszcze było na kupno całego placu (3500 m2), więc kupiliśmy go do spółki z teściem, a potem to teść, to my dokupywaliśmy jeszcze po kawałku, aż się zebrał cały hektar lasu.  Na początku nie mieliśmy pieniędzy na budowę domu, więc znajomy architekt za skromne pieniądze zaprojektował willę tak pomyślaną, że można było najpierw budować kolejno – jedną część, potem drugą, potem trzecią. Tak się jednak złożyło, że Jerzy (…) zarobił sporo grosza i można było cały dom postawić od razu.

Zależało mi bardzo na tym domu na wsi (bo Podkowa była podówczas jednym, nie zaludnionym lasem), więc wzięłam się sama do budowania, stała się swoim własnym przedsiębiorcą. Kupowałam wapno, cegły, belki, farby, klamki i wszystko, co było potrzebne. Najmowałam ludzi i przyjeżdżałam codziennie, doglądając robót. W rezultacie postawiłam dom niemal za połowę ceny w stosunku do planowanego kosztorysu. Projekt, jak na owe czasy, był niezwykle nowoczesny i budził wielką sensację w okolicy. Przede wszystkim płaski dach – o który niegdyś tak walczyli formiści i Szczuka, który wówczas wydawał się nie do pomyślenia w naszym klimacie. Tymczasem okazało się, że jest trwały, praktyczny, i znacznie tańszy od pochylonego. Poza tym domek ten stał niejako odwrócony tyłem do ulicy, skąd widać było tylko ślepą ścianę zarośniętą różami, wąskie okno kuchenne, drzwi wejściowe, wąski, długi tarasik i wystającą nad nim pośrodku górną ścianę – złożoną z bardzo widocznych, zachodzących na siebie desek. Nieliczni wówczas mieszkańcy Podkowy obrazili się zgodnie za to właśnie, że odwróciłam się tyłem do ulicy, czyli do nich. A że rekrutowali się przeważnie ze środowiska endeckiego, więc niechęć była tym większa. Absurdalne, ale prawdziwe.

Właściwy front domu wychodził na ogród, który stwarzał wrażenie głębi. I znów z tamtej strony było coś, co raziło ówczesne gusta. Oto living miał całą jedną ścianę oszkloną. Wchodziło się więc przez wąski tarasik do niewielkiego i dość niskiego przedpokoju, a stamtąd drzwi prowadziły do livingu. Od razu otwierała się ogromna perspektywa na wielki pokój i na ogród, wchodzący niemal do mieszkania. Efekt był niezawodny, ochy! I achy! – nieuniknione.

(Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki, Czytelnik, Warszawa 1995, str. 223 – 224).

Skromny domek w Podkowie Leśnej często bywał miejscem odpoczynku Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Irena Krzywicka tak wspomina Jego pobyty u siebie i wspólne spacery po okolicy:

boy-w-podkowie-lesnejWielką radością w jego życiu był mój domek, czy też willa, w Podkowie Leśnej. Jak już wspominałam, spędzałam tam pół roku, a Boy był u mnie bardzo częstym gościem. Chętnie pracował w ogrodzie, choć nie znał się zupełnie na ogrodnictwie ani na roślinach, kwitnące kartofle mylił z truskawkami i najchętniej gracował ścieżki (stąd fotografia z gracą, fotografia, która mi ocalała). Czasem robił rzeczy absurdalne i niepotrzebne, np. zbierał kamyczki i znosił je na kupkę. Kiedy mu zwróciłam uwagę, że to nie może przydać się na nic,  odpowiedział z westchnieniem: I mnie czasem wolno być irracjonalistą.

W ogóle reakcje jego były nieprzewidywalne. Kiedy raz pochwaliłam się przed nim sadem, w którym gałęzie uginały się od gruszek, jabłek, późnych czereśni i śliwek, powiedział: „Za dużo żarcia” – i odszedł z niesmakiem.

Kiedy sadziłam przy nim nasiona warzyw czy jarzyn, kiwał głową i mówił: „To bardzo dziwne, żeby rodzić w ten sposób”.

Obecność sławnego człowieka w moim ogrodzie, a zwłaszcza jego praca, budziły powszechną sensacje w okolicy. Ludzie stawali przy płocie i patrzyli. Przyjazdy Boya do Podkowy byłyby większym jeszcze ewenementem, gdyby nie skoncentrowana nagonka prasy. Wobec tego wielu podkowian się krzywiło, patrząc na pochyloną postać, idącą od stacji, ze wzrokiem wbitym w ziemię. (…) Owoce z drzewa (mimo, że było ich za dużo), kwiaty z grządki, wobec których Boy był obojętny, psy (z których jedną parę, ku zgorszeniu Boya, nazwałam Tristan i Izolda), koty, wiewiórki, ptaki (zwłaszcza pewna cudownej urody sójka), wszystko to dawało mi bardzo wiele radości. Ale najprzyjemniejsze było chyba chodzenie po lesie. Lasy Młochowskie! Nie wiem, gdzie w Polsce można znaleźć coś podobnego. Może w Puszczy Białowieskiej. Dęby wielosetletnie, sosny eksplodujące niemal w stratosferze, paprocie, w których z łatwością mógł się schować człowiek, wrzosy niewyczerpane, brzozy potężne i zwiewne, mchy, w których tonęły stopy, ścieżki wydeptane przez zwierzynę, senne, nieoczekiwane jeziorka… Boy, jak już pisałam, był niezmordowanym piechurem, toteż owe Lasy Młochowskie znaliśmy dogłębnie. Jakby mało jeszcze miały uroków, w czerwcu zapalały się wieczorami tysiące ogników, robaczków świętojańskich – prawdziwy sen nocy letniej.

Boy w Podkowie nie pisał nigdy. Chodził, patrzył, dziwił się, oddychał głęboko i zapominał o swoich troskach.

(Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki, Czytelnik, Warszawa 1995, str. 254 – 257).

iwaszkiewicz-slonimskiPonieważ budowa domu zbiegła się z najbujniejszym okresem życia w karierze pisarskiej i publicystycznej Ireny Krzywickiej, Szklana Willa szybko stała się miejscem towarzyskich spotkań literatów i artystów. Bywali tu Tadeusz Boy-Żeleński, Jarosław Iwaszkiewicz, Antoni Słonimski, Andrzej Stawar, Jerzy Andrzejewski, Ksawery Pruszyński, Jan Parandowski…

Szczególnie ważna okazała się dla Krzywickiej przyjaźń z mieszkającym w sąsiedztwie Jarosławem Iwaszkiewiczem. Trudne lata wojny bardzo tę przyjaźń ugruntowały. Gdy pisarka otrzymała nakaz przeniesienia się z rodziną do getta, Iwaszkiewicz pomógł Jej przewieźć do Stawiska cenny księgozbiór. Gdy ukrywała się w Warszawie, był u Jej boku po śmierci ukochanego syna Piotrusia.

Potem pamiętam siebie już leżącą na łóżku, w drugim pokoju, niezdolną się w ogóle poruszyć, i pamiętam, że wtedy przyjechał Iwaszkiewicz. Tego mu nie zapomnę – wspominała Krzywicka – bo chociaż nie mówiliśmy ze sobą, siedział, trzymał mnie za rękę. Jarosław był zdolny do takich rzeczy. Przyjechał z Podkowy w obliczu tego nieszczęścia…

Kiedy po powstaniu wróciła z matką i młodszym synem do Podkowy, Iwaszkiewiczowie udzielili im schronienia i Jarosław pomógł Krzywickiej pozbyć się ludzi, którzy zajęli Jej dom i nie chcieli go opuścić.

Powrót po wojnie do Podkowy wcale nie był łatwy:

Po jakichś dwóch dniach ruszyłam już sama, pieszo, nie znając zupełnie drogi, do Podkowy Leśnej. Z zalesia do Podkowy, tak „na nosa”. To było bardzo dużo kilometrów, zwłaszcza, że nie szłam prostą drogą, a błąkałam się. Spotkałam na trasie parę ciężarówek rosyjskich z żołnierzami i wołałam do nich, żeby się może zatrzymali i podwieźli mnie kawałek. Każdy z nich nieodmiennie pytał: „Wodka jest!?” – „Nie ma”, odpowiadałam. Wtedy dodawał gazu i odjeżdżał. Byłam tak głupia i niedoświadczona, że nie rozumiałam, co ryzykowałam zaczepiając tych żołdaków. (…) Dotarłam do Podkowy, kiedy już było zupełnie ciemno. Jakim cudem dotarłam, nie wiem., ale doszłam wreszcie do Podkowy Wschodniej i stanęłam w lasku, tuż koło mego domu. I wtedy zobaczyłam swój dom, cały, nie ruszony. W oknach świeciło się światło, z czego wynikało, że mieszkają tam ludzie. Fakt, że ten dom stoi, że wśród wszystkich zgliszczy on właśnie ocalał, sprawił, że oparłam się o ścianę i znowu zapłakałam. To była chwila, o której nie zapomnę.

(Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki, Czytelnik, Warszawa 1995, str. 400).

Krzywicka rozpoczęła starania o sprzedaż działki na Sosnowej 9/11 latem 1953 roku i ostatecznie sprzedała swój wymarzony dom w kwietniu 1955 r. Mogło to być związane z chorobą Jej młodszego syna Andrzeja, który w końcu lata 1953 r., w wieku niespełna szesnastu lat, zachorował na chorobę Heine-Medina.

 

ogrodObecni właściciele Szklanego Domu, pp. Bożena i Kazimierz Głowaccy, są trzecimi z kolei gospodarzami w jego powojennej historii i trzeba mieć nadzieję, że ostatnimi, gdyż doprawdy nie mogło stać się lepiej. Oboje z wielkim oddaniem i pietyzmem zaopiekowali się i nadal zajmują tym ważnym dla polskiej kultury i literatury miejscem.

Kupiony przez Nich w 1974 roku dom był w bardzo złym stanie, nieprzystosowany do mieszkania zimą. Wymagał generalnego, ale i bardzo ostrożnego, dobrze przemyślanego remontu, toteż Państwo Głowaccy się nie spieszyli. Wszystkie przeróbki były starannie zaplanowane, miały na względzie nie tylko poprawienie funkcjonalności budynku, ale i zachowanie jego pierwotnego wyglądu. Zmian dokonywano z wielką dbałością o szczegóły, starając się zachować artystyczną duszę domu i eksperymentalny, modernistyczny styl tak ważny w chwili jego budowy.

dom2Przebudowano kuchnię, rozebrano królujący w niej stary piec. Stryszek przystosowano do celów mieszkalnych, dobudowując do antresoli kręte schodki i balustradę. Do tak powstałego pokoju od strony ulicy wstawiono okno stylistycznie pasujące do budynku. Wymieniono drzwi wejściowe od ogrodu. Wszystkie te ulepszenia sprawiły, że dom stał się przytulny i funkcjonalny, wygodny, nie tracąc nic ze swojego pierwotnego charakteru.

Obecni właściciele dobrze wiedzą, że mieszkanie w domu z TAKĄ historią to ogromne wyróżnienie, ale i niekończące się wyzwanie.

Zainteresowanym nieznajomym życzliwie pozwalają wkroczyć do swojego królestwa, czego dowodem jest moja obecność w Ich wspaniałym, bardzo dobrze utrzymanym ogrodzie, jednym z najpiękniejszych w Podkowie Leśnej, na co bez wątpienia wpłynął fakt, że aktualna właścicielka jest architektem krajobrazu.

dom-od-ogroduBardzo interesująca opowieść Pana Kazimierza o drzewach, krzewach i kwiatach świadczy o ogromnej trosce obecnych właścicieli o rośliny, z których wiele ma swoje własne historie… jak choćby stare bzy pierzaste, które podobno sadził sam Tadeusz Boy-Żeleński podczas którejś wizyty w Podkowie, czy tuje przywiezione z Ogrodów Ulrichów.

Na moje naiwne pytanie, czy nie kusiło Ich, by otworzyć tu muzeum literackie imienia Ireny Krzywickiej… i może Boya?, Pan Kazimierz Głowacki uśmiechnął się i odpowiedział: A po co?

domRzeczywiście… właściciele Szklanej Willi i ich sąsiedzi od wielu lat biorą czynny udział w Festiwalu Otwarte Ogrody, mającym na celu ratowanie i promocję najcenniejszych zasobów kulturowych mazowieckich miast-ogrodów, uzdrowisk i letnisk. Podczas jego trwania mieszkańcy udostępniają swoje domy i ogrody zainteresowanym, na terenie ich posesji odbywają się wystawy, spotkania i wykłady skierowane do sympatyków Podkowy Leśnej, podkreślające wyjątkowe, historyczno-literackie znaczenie tego miejsca.

Zmarły w 2014 roku syn Ireny Krzywickiej, Andrzej, przyjeżdżał tu z Francji kilkakrotnie, aby powspominać dzieciństwo i pooddychać atmosferą starego domu (bardzo spodobały mu się nowe, kręte schodki prowadzące do pokoju na antresoli). Na pewno, podziwiając dobrze utrzymane drzewa i rośliny sadzone przez matkę, cieszył się, że dom jego dzieciństwa ma takich wspaniałych gospodarzy.

Bibliografia:

Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki, Czytelnik, Warszawa 1995

Agata Tuszyńska, Długie życie gorszycielki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

http://www.miastaogrody.pl/szklana-willa/

http://www.rdc.pl/podcast/losiowisko-mieszkancy-podkowy-lesnej/

http://www.podkowianskimagazyn.pl/archiwum/szklany_dom.htm

Pamiętajmy o Boyu

Boy ŻW dniu dzisiejszym obchodzimy 75. rocznicę śmierci Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Śmierci strasznej i bezsensownej, niepotrzebnej, ponieważ Boy przypadkowo znalazł się w grupie lwowskich profesorów aresztowanych wraz z rodzinami i rozstrzelanych 4 lipca 1941 roku na Wzgórzach Wuleckich. Zapewne wszyscy zatrzymani tej nocy spodziewali się po Niemcach najgorszego – brutalnych przesłuchań, więzienia, wywózki, jednak nikt nie mógł przewidzieć, że będzie to ostatnia noc ich życia, która skończy się makabryczną kaźnią.

 Czego po Niemcach spodziewał się wybitny pisarz i tłumacz, humanista o nieprzeciętnych walorach umysłu – Tadeusz Boy-Żeleński, który dwa lata wcześniej uciekł przed hitlerowcami z Warszawy do Lwowa? Dlaczego tym razem nie chciał się ratować, choć miał wiele propozycji wyjazdu?

Boy przyjechał do Lwowa w pierwszych dniach września 1939 roku. Wyjazd z Warszawy zorganizował Żeleńskim bratanek Boya – Władysław, który spodziewał się, że nazwisko stryja znajduje się na niemieckiej liście proskrypcyjnej. Złośliwi i zawistni, których w powojennym środowisku emigracyjnym Polski nie brakowało, twierdzili, że Boy uciekł z Warszawy do Lwowa, by schronić się pod skrzydłami Armii Czerwonej. Zarzut ten był nieprawdziwy i nielogiczny, gdyż pisarz zjawił się we Lwowie przed 10 września, a więc w czasie, kiedy nikt się nie spodziewał, że do tego miasta wkroczą Rosjanie (co stało się 22 września). W czasie wojny i po wojnie zarzucano Boyowi sympatyzowanie z komunizmem, chociaż w Jego publikacjach z okresu lwowskiego nie było żadnych odniesień do polityki. Nie przeszkadzało to nieprzychylnym Boyowi środowiskom, często wywodzącym się z przedwojennych kręgów klerykalno-prawicowych, wytrwale niszczyć dobrej pamięci o pisarzu.

Boy-Żeleński od pierwszych publikacji był obiektem nieustannych ataków i fałszywych oskarżeń, Jego felietony i rozprawy na temat świadomego macierzyństwa, regulacji urodzeń i reformy prawa małżeńskiego (Piekło kobiet) wywoływały gwałtowny sprzeciw kręgów kościelnych i prawicowych. Krytyka twórczości Boya nasiliła się po wydaniu zbioru felietonów pt. Nasi okupanci, w których bezlitośnie wykpiwał i potępiał wpływ kleru na wiele dziedzin życia społecznego.

Bardzo nad tym bolejępisał Boy-Żeleński ale cóż począć, że gdziekolwiek wyłoni się paląca kwestia, w której ludzie głowią się i radzą, co czynić, aby na świecie było trochę lżej i trochę jaśniej, natychmiast wysuwa się złowroga czarna ręka i rozlega się grzmiący głos: – Nie pozwalamy! Nie wolno wam nic zmienić, nic poprawić.

Mimo całego autorytetu tych specjalistów od interpretowania życzeń Stwórcy wszechrzeczy, nie mogę uwierzyć, aby wola boża miała być zawsze i wszędzie układna wobec bogaczy, a bezlitosna dla biedaków; aby osłaniała swym płaszczem kłamstwo, okrucieństwo i chciwość.

Ofensywa klerykalizmu (niewiele mającego wspólnego z religią) na wszystkie dziedziny życia staje się tak gwałtowna, że danie jej odporu stanowi w obecnej chwili jedną z najważniejszych pozycji w kształtowaniu naszej przyszłości.

Boy nienawidził obłudy, dlatego drwił, prowokował i wywlekał na światło dzienne wszystkie słabostki rodaków, naruszał to, co dla wielu było nienaruszalne. Obnażał najgłębiej skrywane tajemnice z życia słynnych Polaków (Mickiewicza, Sobieskiego), burzył wieloletnie mury milczenia i zakłamania, postulował założenie Ligi Odełgania Polski. Pisząc recenzje ze sztuk teatralnych, nawet oceniając dzieła przyjaciół, zawsze bywał szczery, co zwykle oznaczało: ostry i bezlitosny.

Odważne kampanie prowadzone przez Boya w latach 1928 – 1934 sprawiły, że stał się jednym z najgłośniejszych i najbardziej atakowanych pisarzy polskich. Podczas burzliwych dyskusji toczących się na łamach prasy ciągle Mu ubliżano, złośliwie wypaczając Jego słowa, tworząc ordynarne hasła i wyzwiska, m. in. „boyszewizm”, „szabes-Boy”, ogłaszając akcję „likwidacji Boya”. Karol Irzykowski zadał Żeleńskiemu dotkliwy cios, pisząc Beniaminka (Boy nazwał tę książkę dziełem chorobliwej nienawiści), do kampanii przeciwko Niemu włączył się nawet Witkacy, dotąd… prawie przyjaciel, a na pewno bliski kolega po piórze, przyjaciel domu i żony.

Broniąc się, Boy odpowiadał swoim oponentom na łamach prasy:

Pragnę być ocenianym na podstawie własnych słów i intencji, a nie na podstawie ich stałego wypaczania.

Od dłuższego czasu jestem przedmiotem skoncentrowanego ataku, którego rosnące natężenie nienawiści niepokoi mnie czasem… jako lekarza. To już trąci psychozą! […] Nie przygważdżam kłamstw, nie demaskuję nikczemności. Może źle robię, ale doprawdy nie mam sił na to. Zełgać można w dwóch słowach, od ręki, ale na wykazanie jednego łgarstwa trzeba by nieraz stu wierszy druku.

Czy te wieloletnie napaści i polemiki mogły być pośrednią przyczyną apatii Boya-Żeleńskiego w ostatnich dwóch latach życia? Może w końcu zmęczyły Go ciągłe „boje o Boya”, zawiedli ludzie, w których mądrość i przyszłość wierzył, przeraziła kolejna bezsensowna wojna? Jako lekarz brał udział w pierwszej wojnie światowej, co wywołało Jego ogromny sprzeciw:

Boy w mundurzeWojna, przymus walczenia jest dla dojrzałego i inteligentnego mężczyzny straszliwym, tragicznym kataklizmem. Wyrywa go z dnia na dzień, z godziny na godzinę niemal z warsztatu jego pracy, ze sfery jego życia, myśli, ukochań, aby zniweczyć w nim mózg, wolę, sąd, aby go zmienić w przyrząd do zabijania i bronienia się, aby żądać odeń wszystkich przymiotów dzikiego, które „normalne” życie, cywilizacja od całych generacji w nim „tępiły”.

Czy można dosadniej protestować przeciwko ludzkiej głupocie, nieustającym walkom między bliskimi sobie narodami i manii zabijania?

Tadeusz Boy-Żeleński zawsze był niezależny ideowo, moralnie i finansowo, nieustanne batalie zahartowały Go i przyzwyczaiły do pozycji outsidera, co w sumie było zgodne z Jego charakterem. Roman Zimand napisał o Boyu: Był on w gruncie rzeczy samotnikiem. Może to brzmieć dziwnie w odniesieniu do myśliciela pogodnego, cieszącego się uznaniem, nie mogącego narzekać na brak sympatii i wielbicieli. A jednak. Boya zawsze cechowała skłonność do zajmowania postawy „przypatrującego się z boku”. Przy tym był On niezwykle wrażliwy i odpowiedzialny, bardzo cenił sobie spokój i stabilizację, dzięki skrupulatnej, ciężkiej pracy zwykle udawało mu się zapewniać rodzinie dobre warunki życia. Z domu wyniósł wysoką kulturę osobistą (takt i niespotykaną delikatność), co w starciach z chamstwem i okrucieństwem często czyniło go bezradnym. Może łatwiej byłoby Mu przetrwać we Lwowie, gdyby byli przy nim najbliżsi – żona i syn, gdyby jak zwykle wzajemnie o siebie dbali? Samotny i zdezorientowany, zmuszony do uczestniczenia w rozchwianym życiu publicznym Lwowa, niepewny postaw rodaków, nagle stracił cały impet życia, stał się dziecinnie słaby. Tytan pracy, zawsze z pasją coś tłumaczący, coś piszący „na dwie maszyny” raptem poczuł się wewnętrzne wypalony i może… świadom bezcelowości wysiłków?

Wszyscy, którzy byli świadkami ostatnich dwóch lat życia Boya, opowiadali o Jego załamaniu i bezradności:

Siedział naprzeciwko mnie poszarzały, zgarbiony, z wielkimi poduszkami pod oczami na tej jego prostokątnej twarzy. Wyglądał na starca (…) cały czas milczał – wspomina Jan Kott.

Był bezradny, stary i zdziwiony. Nie rozumiał dramatu, nie potrafiłby napisać o nim recenzji. (…) Miał w oczach coś jakby łzy – Takim widział go Zygmunt Nowakowski

W tym systemie nie może żyć człowiek, który by chciał choćby w najniklejszym stopniu wyrazić jakiś pogląd krytyczny. To najstraszniejsza niewola myśli, jaką znają dzieje. – Taką wypowiedź załamanego Boya cytował Janusz Kowalewski.

Boy nigdy nie ukrywał swojej odrazy do rzeczywistości, jaką na Lwów sprowadziła sowiecka armia i NKWD. Był przerażony prostactwem , niechlujstwem i zakłamaniem z jakim nowy porządek rzeczy był przez okupanta wprowadzany w życie. Do komunizmu w tym okresie nie tylko się nie zbliżył, ale przeciwnie, jakby się w nim załamała wiara w zdolność rasy ludzkiej do postępu. We Lwowie czuł się samotny i opuszczony. – Pisał do „Zeszytów Historycznych” Wiktor Turek.

Był w moim lwowskim mieszkaniu w przeddzień aresztowania. Zamyślony, zalękniony, oczy takie wielkie, naiwne, przerażone. Wiedział, co go czeka, a nie chciał się ratować. Był tragiczny. – Wspominała pani Rublowa.

Zapomniałem o Boyu, a to jest ważne wspomnienie. Gdy go wybrano do zarządu, wyszliśmy razem z zebrania, ja z Boyem. Była już noc, Lwów był bardzo ponury, taki sołdacki, ludność chowała się po domach, ulice absolutnie puste. (…) Boy był w jakimś strasznym stanie. No i wtedy był taki bardzo tragiczny monolog Boya, że właściwie to on już umarł, że wszystko to, co teraz nastąpi dzieje się już po śmierci, że niczego już nie oczekuje, że nie spodziewa się, aby mógł jeszcze kiedy zmartwychwstać, że (…) boi się o żonę i syna i jest bardzo nieszczęśliwy z tego powodu, że go wybrano do tego zarządu, bo to może źle się odbić na nich w Warszawie – że właściwie był ślepy i głuchy. (…)  Że tak źle się stało, że go wybrano, bo chciał stać gdzieś tam na boku, niezauważony. Byłem więc w zarządzie z Boyem: był niesłychanie lękliwy. (…) Taki jakiś człowiek truchlejącego serca. Lecz kto był odważny w tych czasach?… Tu nie chodzi o to, że był tchórzem. Nie był tchórzliwy, a tylko truchlał. Miękki, nie nadawał się do tego wszystkiego. – Tak wspominał Boya z tego okresu Aleksander Wat.

Lwów w latach 1939-1941 był niebezpiecznym tyglem, gniazdem rodzących się i zwalczających się nacjonalizmów. Dla wielu Ukraińców najazd Sowietów nie był okupacją, lecz wyzwoleniem, ich narodowe aspiracje często negatywnie odbijały się na żyjących obok sąsiadach – Polakach i Żydach. Gdy 30 czerwca 1941 roku do Lwowa wszedł następny okupant – Niemcy, antagonizmy i podziały wśród ludności jeszcze bardziej się skomplikowały. Dla wielu Polaków był to czas niepewności i strachu, czas, w którym nikt uczciwy i wrażliwy nie umiał się odnaleźć. Wszyscy musieli kierować się własną intuicją, byli zdani na własne decyzje.

Boy pocztówkaBoy był świadom niebezpieczeństwa, jakie mu groziło. Znajomi i przyjaciele – świadkowie jego ostatnich dni – zgodnie twierdzą, że w tych trudnych czasach, okupacji sowieckiej i niemieckiej, był pod nieustanną presją, przerażony tym, co się wokół Niego działo.

Mimo nacisków przyjaciół i znajomych Boy nie opuścił Lwowa ani wtedy, gdy do miasta weszła Armia Czerwona, ani wówczas, gdy zbliżały się do niego niemieckie wojska.

W 1939 roku Zygmunt Nowakowski dwukrotnie namawiał go do wyjazdu za granicę, wskazując możliwość przedostania się do Paryża.

Boy nie chciał opuścić Polski w jesieni 1939 r. –  wspominał Nowakowski. – Został we Lwowie już pod okupacją rosyjską. (…) Przypomnę tylko, że namawiałem go do wspólnego przejścia zielonej granicy. Odmówił stanowczo. (…) Jeszcze raz ponowiłem atak, mówiąc, że powinien ze mną razem próbować dostać się do Francji. Potrząsnął głową przecząco. Został we Lwowie, huczącym od czołgów sowieckich i od głośnej, a przesmutnej pieśni czerwonych żołnierzy. Potem, najpierw w Paryżu, później tutaj, w Anglii, zrodziły się rozmaite plotki na temat jego rzekomej współpracy z bolszewikami. Niektórzy ludzie bili się w piersi, przysięgając, że podpisał jakiś cyrograf. Że się zaprzedał z duszą i ciałem. Utrzymywali tak ludzie, żyjący tu w dostatku i pełnym bezpieczeństwie, ludzie, którzy nigdy nie byli pod władzą bolszewików. Nie wierzyłem tej baśni i jeszcze bardziej nie wierzę dzisiaj. Boy został w Polsce zarówno jesienią 1939 r., jak w lecie 1941 r.

Nie chciał też ewakuować się w głąb Rosji z bolszewikami, gdy w 1941 roku padła taka propozycja. Był to protest, którym wydawał na siebie wyrok śmierci. Wyrok został wykonany przez hitlerowców – opowiadał Janusz Kowalewski.

We Lwowie czuł się samotny i opuszczony; marzył o wydostaniu się spod okupacji sowieckiej, przy czym nie ciągnęło go wcale na Zachód, a planował przedostanie się do rodziny, do Warszawy. O rodzinie też ciągle wspominał, a pomijał milczeniem moje napomknienia o możliwości wydostania się przez Węgry do Francji – wspominał Wiktor Turek.

Ponownie starałam się namówić go do zamieszkania na razie w świetnie zakonspirowanym pokoju przy ul. Chopina 3; mógł tam pójść natychmiast, a po kilku dniach ewentualnie wyjechać do Warszawy, zresztą planów na dalszą metę i tak nie można było robić w danej chwili. Odmówił. – Wspominała Wanda Ładniewska-Blankenheimowa.

Również Leon Chwistek, zaprzyjaźniwszy się we Lwowie z Żeleńskim, w 1941 roku tłumaczył mu, że czekanie na przyjście Niemców jest niebezpieczne. Przypomniał o losie profesorów krakowskich i namawiał do wyjazdu do Związku Radzieckiego. Boy wahał się, lecz został.

Wieczorem 3 lipca 1941 roku (w czwartek) do mieszkania Greków, u których mieszkał Żeleński, przyszli Niemcy. Wszystkich aresztowanych tego dnia intelektualistów czekała straszna noc w bursie Abrahamowiczów, a 4 lipca o świcie – kaźń. Według wstrząsających zeznań świadków profesorowie czwórkami sprowadzani byli na skraj przygotowanego dołu, który miał być ich wspólnym grobem…

Nie podejmuję się odtworzyć doznań Boya na chwilę przed rozstrzelaniem – poruszająco kończy biografię Boya Józef Hen. – O czym myślał Mędrzec? Jak żegnał się z życiem? Wobec wymierzonej lufy karabinu nie ma mędrca. Wiedział, że to koniec. Stanie się, co się ma stać. Zrobi się ciemno – i będzie cisza. I stało się. Padł strzał.

Boy pominkPonieważ wokół pobytu Boya-Żeleńskiego we Lwowie i prowadzonej tam przez Niego działalności powstało wiele nieporozumień i zafałszowań, Józef Hen nie ustaje w walce o dobre imię pisarza, czemu daje wyraz w licznych wywiadach. Dla przykładu przytoczę fragmenty dwóch rozmów:

Paweł Goźliński: Gdyby Boya wywieźli, byłby dziś narodowym bohaterem i nikomu by nie przyszło do głowy zarzucać mu kolaboracji.
Józef Hen: Bardzo to panu potrzebne, żebyśmy tym kosztem mieli dodatkowego bohatera? Moim zdaniem zarzut kolaboracji może przyjść do głowy tylko chorej. Oczywiście mógł się postawić i tym samym popełnić samobójstwo. Ale ja przypomnę: Rydz-Śmigły uznał przed wojną, że król Stanisław August nie zasługuje na uroczysty pogrzeb, bo w czasie wojny polsko-rosyjskiej powinien był stanąć na czele polskich wojsk i zginąć na polu bitwy. Kilka miesięcy później, we wrześniu 1939 roku, sam Rydz nie poszedł na czele wojsk i nie zginął. Nie popełnił samobójstwa, tylko uciekł do Rumunii. (…) Są tacy ludzie, którzy uważają, że dopiero rzucając się na bagnety, walczy się o wolność. Ale to rzucanie na bagnety zalecają innym – nie sobie. (…) Gdyby przyjąć punkt widzenia tych zaciekłych czyścioszków, to Sienkiewicz i Prus byli kolaborantami, bo zamiast pisać „do szuflady”, wydawali pod carską cenzurą i każda książka, także ta dla pokrzepienia serc, była oznaczona rosyjskim stemplem „dozwoleno cenzuroju”. A cóż dopiero Mickiewicz! To dopiero kolaborant! Pisał wiernopoddańcze listy, bo chciał wyjechać za granicę. Przyznał się do tego: „łudziłem despotę”. (…) Boy, moim zdaniem, nie potrzebuje żadnego alibi. We Lwowie robił to, co dało się zrobić, i co w tamtych warunkach było najlepsze i najpotrzebniejsze: pisał i wykładał po polsku. Nie ma problemu Boya. Jest tylko problem rzucanych na niego oszczerstw.

(„Gazeta Wyborcza”, wywiad z 22.01.1999 r.)

Donata Subbotko: Poświęcił pan Boyowi kawałek życia. Co by powiedział na dzisiejsze kołtuństwo?
Józef Hen: Nie podzielałem, przynajmniej po wojnie, złudzeń Boya z lat 20., że świat będzie coraz lepszy, bardziej moralny przez rozwój techniki, wyzwolenie kobiet, zbliżenie warstw społecznych. Boy się łudził tak do początku lat 30. Kiedy Hitler przejął władzę w Niemczech, napisał recenzję z ”Kupca weneckiego”, a w niej wyraził obawę, że zło może wrócić. I stawał się coraz bardziej melancholijny. (…) Natomiast jeśli chodzi o twórczość, to pojawia się nieraz poczucie spełnienia, ale nie szczęścia. Chwilą ulgi jest ta, kiedy człowiek stawia ostatnią kropkę i myśli: cholera, napisałem. Kiedy skończyłem książkę o Boyu, to podniosłem kieliszek, nalałem sobie – i się popłakałem. (…) Bo jego życie było takie tragiczne.

(„Gazeta Wyborcza” wywiad z 26.04.2013 r.)

Na koniec tego smutnego wspomnienia zacytuję jeszcze ostatnie słowa z książki Pana Józefa Hena:

Nie ma grobu Boya Żeleńskiego. Została twórczość, oczywiście – jest czym się żywić. I została pamięć… Jest co chronić.

smolna-11Żal serce ściska, że Boy-Żeleński, ten ciągle aktualny, fenomenalny Twórca dwóch epok – Młodej Polski i Dwudziestolecia międzywojennego, wciąż nie ma w Polsce, poza popiersiem na krakowskich Plantach, żadnego miejsca upamiętnienia. Po przeprowadzce Iskier ze Smolnej 11 przestał istnieć Salon Boya stworzony przez dr Uchańskiego, będący dotąd wizytówką tego szacownego Wydawnictwa.

 

 

 

Bibliografia:

Józef Hen – Boy-Żeleński. Błazen-wielki mąż, PWN, Warszawa, 2008

Barbara Winklowa – Boyowie. Zofia i Tadeusz Żeleńscy, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2001

Barbara Winklowa – Boy we Lwowie 1939-1941, OW POKOLENIE, OW RYTM, Warszawa, 1992

Roman Zimand – Boy-moralista w: Pismach, tom XV, PIW, Warszawa, 1958

Strona poświęcona Boyowi prowadzona przez Panią Monikę Śliwińską: http://boy-zelenski.pl/

Pustynia Błędowska

Między spotkaniami w Dąbrowie Górniczej i Sosnowcu – Dąbrówka, Czubatka i Pustynia Błędowska.

Przyrodnicy ostrzegają, że leżącej na pograniczu województw śląskiego i małopolskiego Pustyni Błędowskiej, zwanej „polską Saharą”, grozi zagłada. Obecnie teren ten objęty jest programem Natura 2000. Prowadzona jest odnowa obszaru, która ma spowodować, że zarośnięta drzewami i krzewami pustynia odzyska swój pierwotny charakter. Warto wiedzieć, że na Pustyni Błędowskiej realizowana była część scen z ekranizacji Faraona Bolesława Prusa.

Panorama pustyni od strony Dąbrówki (355 m n.p.m.)

Dąbrówka 1 Dąbrówka 2

i ze szczytu Czubatki (382 m n.p.m.)

Czubatka 1Czubatka 2

I odpoczynek na Eurocampingu w Błędowie wśród oBłędnych bzów :)

Błędów 2oBłędne bzy