Dwoma słowami: CZYSTY GENIUSZ!
Aktualnie jedna z moich ulubionych książek roku 2011.
Zaczynając od początku, czyli od mojego pierwszego wrażenia:
-Hm, fajna okładka. Ciekawe, o czym to… – Moje oczy szybko przelatują przez tekst z tyłu książki. – O matko. Co to za bzdety?! Jakieś nastolatki z problemami?! Albo to będą jakieś przykre bzdety o życiowych niedojdach, albo będzie to napisane w taki sposób, że większość młodocianych czytelników (do których książka jest z resztą adresowana), uzna ją prędzej za świetny materiał na opał niż interesującą lekturę. Patrzę na grzbiet w celu sprawdzenia grubości książki. Hm. 250? 290 stron. OK. Przynajmniej krótka.
Miło od czasu do czasu się pomylić.
Barbara Ciwoniuk to autorka kilku książek o właściwie podobnej tematyce – głównie przeżyciach młodzieży. Jest autorką takich opowiadań jak „Igor”, „Wakacje z…” czy „Musisz o tym komuś powiedzieć”. Jej „Własny pokój” to historia Zacharego – pierwszoklasisty w jakimś osiedlowym gimnazjum, gdzie tak zwane „koty” lekko nie mają. W klasie przyjaźni się z Jackiem, który mieszka wraz z czterema siostrami i nadopiekuńczą matką. Na dodatek cierpi na nadwagę, przez co jest wyśmiewany przez rówieśników. Zach przeżywa rozstanie swoich rodziców. Pewnego dnia, bohater zostaje „skocony” przez chłopaków z starszej klasy. Właściwie, to nie zdążył zostać poddany temu przykremu procesowi, ponieważ ratuje go Alfi, który niestety żyje w patologicznej rodzinie i powtarza klasę. Między nimi rodzi się przyjaźń i radzą sobie z przeciwnościami losu.
Książkę, czyta się jednym tchem i właściwie w czasie czytania zdajemy sobie sprawę z tego, że jest za krótka. Na szczęście jest kontynuacja w „Ten gruby” (już nie mogę się doczekać, aż ją przeczytam). Akcja jest szybka i cały czas coś się dzieje, nie jesteśmy spowalniani rozległymi opisami, bo te są konkretne i napisane językiem, którym młodzież posługuje się, na co dzień. Bez jakiś „jazzy” czy „cool”. Dlatego jestem pełen podziwu dla autorki, ponieważ stworzenie realistycznego bohatera poprzez jego język wypowiedzi nie jest banalne. Jej się udało to pierwszorzędnie.
Co do samego bohatera to można się z nim utożsamić. Nie jest łamagą i trzeźwo patrzy na świat. Od razu przypadł mi do gustu.
Kusi mnie żeby napisać: „Ta książka powinna być w kanonie lektur!”, ale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby się tam znalazła, to stosunek do niej byłby inny, dlatego zachęcam z czystym sercem, do przeczytania – głównie mam na myśli tych młodszych czytelników, którzy są na etapie dojrzewania, chociaż jestem pewien, że tym odrobinkę starszym też przypadnie do gustu.
Ku pokrzepieniu.
Paweł „kastel” Kastelik