Witkacy w zbiorach Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku

wejscie-na-wystawePodobno Witkacy nigdy nie odwiedził Słupska, a obecność jego dzieł w Muzeum Pomorza Środkowego jest zupełnie przypadkowa. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku potomek przyjaciela Witkacego proponował je kilku muzeom (w tym Tatrzańskiemu i Narodowemu), lecz żadne z nich nie wykazało zainteresowania. W tamtym czasie Witkacy nie był jeszcze artystą tak cenionym jak obecnie, jego prace były rozproszone i nie przyciągały szczególnej uwagi rodaków. Oferowanym do sprzedaży zbiorem dzieł Witkiewicza zainteresowało się Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku. W 1965 roku Muzeum to kupiło 110 portretów, które dały początek dzisiejszej unikatowej kolekcji dzieł tego artysty. Dziś Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku posiada kolekcję ponad 260 prac, wśród których dominują pastele pochodzące ze wszystkich okresów twórczości Witkacego, w tym cztery portrety Ireny Krzywickiej i jeden Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

boy-zelenskiChoć Witkacy portret Boya oznaczył literami T.U. („talent upadł”), co było wyrazem niezadowolenia z wykonanego dzieła, mnie się ten realistyczny, ponury portret „Boyusia” podoba (tak zawistnik Witkacy mawiał o Boyu, zazdroszcząc Mu sławy, sukcesów i może … żony?). Pani Barbara Winklowa twierdzi, że obaj szczerze się nie lubiąc, znali wzajemnie swoją wartość. Boy realizował zasadę (…) że „…trzeba go brać, tak jak jest, ze wszystkimi dzieciństwami i zboczeniami etc.”.

Irena Krzywicka tak wspominała Witkacego:

Jedną z najwybitniejszych i najosobliwszych postaci tego okresu był Witkacy. Miał manię – zrozumiałą zresztą u artysty – przekręcania słów, bawienia się słowami, tworzenia nowych niesamowitych imion i nazwisk (…). To samo zrobił ze swoim imieniem i nazwiskiem, zespoliwszy je w jedno: (Stanisław) Ignacy Witkiewicz przerodził się w Witkacego i tak już zostało. (…) Malarstwo jego dotąd nie trafiło na Zachód (może nigdy nie trafi), malarstwo psychodeliczne, jak byśmy to dziś nazwali, tworzone najczęściej pod wpływem narkotyków. Przedstawiało ono obłędne linie i kolory, wśród których błyskały tu i ówdzie fragmenty splecionych ciał. Mogłyby mieć dziś ogromne powodzenie, gdyby nie to, że były wykonane martwym i nietrwałym materiałem: płaty kolorowego kartonu, najczęściej zielonkawego, a na nim kolorowymi kredkami wizje autora. Malarze mówili, że to niedobre, ale np. Boyowi podobało się bardzo i miał ściany obwieszone wizjami Witkacego. Mieszaninę kiczu i geniuszu widać również w jego niezliczonych portretach, które robił czasem w pół godziny. Mam cztery takie swoje portrety, dość typowe dla artysty.  Jeden realistyczny, „na słodko”, drugi przedstawiający mój profil (bardzo podobny do mnie) wśród płomieni wybuchającego wulkanu – to były właśnie kicze. Ale obok tego dwa portrety zdeformowane, znakomite, o osobliwej formie i sile wyrazu. Boya portretował dziesiątki razy i te portrety wisiały w Boya gabinecie w charakterze fryzu pod sufitem, rzędem. Niektóre do niczego, niektóre znakomite. Witkacy nie był narkomanem w ścisłym znaczeniu tego słowa, tzn. mógł się obejść doskonale bez narkotyków (czy bez alkoholu, nie jestem pewna), ale próbował wszystkich, obserwując własne reakcje. Kiedy go poznałam, był właśnie w poszukiwaniu peyotlu, czyli kaktusa brazylijskiego, po czym go znalazł i z rozkoszą wypróbowywał.

autoportretBył typowym cyganem, nie przywiązującym wagi ani do pieniędzy, ani do żadnych dóbr tego świata. Niebywale piękny, miał ogromne powodzenie u kobiet, łączył go wieloletni romans z panią Boyową, bynajmniej nie wyłączny z jego strony, gdyż Witkacy nie rozumiał takich słów jak wierność. Kapryśny, nieznośny, ogromnie dowcipny, bez poczucia czasu ani norm dobrego wychowania, był maniakalnie dokładny, jeśli chodziło o jego portrety. Nie wolno się było spóźnić na seans bodaj o minutę. Modelowi swojemu (czy raczej ofierze) wręczał statut, którego niestety dokładnie nie pamiętam: nie wolno było się ruszać, kręcić, mówić, a po skończonym seansie ani chwalić, ani ganić wykonanej pracy. Czasem za owe portrety przyjmował pieniądze, częściej nie. Lekceważył modela i dawał mu to odczuć. Był obojętny na sukces czy niepowodzenie. Denerwowało mnie niewątpliwe kabotyństwo Witkacego, toteż nie nawiązały się między nami bliższe stosunki.

(…) Poznałam go w domu państwa Żeleńskich. Zachowywał się nieznośnie, nie tylko jakby to on był panem domu, ale wręcz panującym, wszyscy inni musieli wypełniać jego życzenia i znosić jego kaprysy. Raził mnie ten nadrzędny ton i celebrowanie własnej wielkości. (…) Witkacy wypełniał sobą całe mieszkanie, do Boya odnosił się wręcz lekceważąco.  (…) Tak więc Witkacy, poznawszy mnie u Boyów, zabrał się do robienia moich portretów. Powstało ich, jeden po drugim, cztery, ale przy piątym zrobiłam jakąś uwagę i – koniec, zdyskwalifikowałam się zupełnie, zapomniałam bowiem, że w czasie malowania mówić nie wolno. (…)

Witkacy lekceważył wszystkich wybitnych ludzi swego czasu. Niekiedy jednak zapalał się, ale do kogoś anonimowego i wychwalał go wtedy pod niebiosa, mówił jak wielki o wielkim. Byli to z rzadka ludzie niepospolici, najczęściej jakieś dziwne typy, nie reprezentujące sobą niczego, prócz uwielbienia dla mistrza. Wśród różnych dziwaków, różnego autoramentu grafomanów i pijaków przebywał najchętniej. Wśród nich był królem. Stolicą jego było Zakopane.

ik-3ik-1ik-4ik-2

Bibliografia:

Barbara Winklowa, Boyowie. Zofia i Tadeusz Żeleńscy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001
Irena Krzywicka, Wyznania gorszycielki, Czytelnik, Warszawa 1995
Beata Zgodzińska, 50 lat kolekcji Witkacego w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, Słupsk 2015

Dodaj do zakładek permalink.

Komentarze są wyłączone.